Wiele z rzeczy wymienionych w tym artykule to prawda. Wszystkie te elementy sprawiają, że ceremonie pogrzebowe nabierają jakiejś podniosłej atmosfery. Sam sobie nie wyobrażam pogrzebu bez muzyki. Organizowałem ceremonię pogrzebowe w Krakowie z zakładem pogrzebowym Gabriel24 i pierwsze o co poprosiłem, to o muzykę na żywo.
Anja Franczak: Jestem certyfikowaną towarzyszką w żałobie, a także doulą końca życia. To oznacza, że wspieram osoby na ostatnim etapie ich drogi oraz te, które przeżywają stratę kogoś bliskiego. Prowadzę humanistyczne ceremonie pogrzebowe, stworzyłam też Instytut Dobrej Śmierci. Jest to przestrzeń do dialogu i edukacji o
Ceremonie Pogrzebowe Usługi pogrzebowe Elizjum – jesteśmy firmą, która dostosowuje się do możliwości finansowych każdego klienta. Nasz Dom Pogrzebowy posiada nowoczesną chłodnię oraz dużą sale pożegnań, w której rodzina, przyjaciele oraz znajomi mają możliwość pożegnania się z osobą zmarłą.
Poznaj 10 zakładów pogrzebowych w lokalizacji Błędowa Tyczyńska • Skorzystaj z usługi: Ceremonie pogrzebowe • Usługi pogrzebowe w okolicy ☎ Telefony, ceny • pkt.pl
Przebieg pogrzebu świeckiego w dużej mierze zależy od decyzji rodziny oraz przedśmiertnej woli zmarłego, które była przekazana najbliższym ustnie lub została wyrażona w testamencie. Usługi pogrzebowe w tym przypadku są realizowane zgodnie z wcześniej opracowanym planem ceremonii. Najczęściej na pogrzeb świecki decyduje się
funeral reception jest tłumaczeniem "przyjęcie pogrzebowe" na angielski. Przykładowe przetłumaczone zdanie: Zapewnianie tymczasowego zakwaterowania do prowadzenia ceremonii ślubnych oraz przyjęcia pogrzebowe i chrzcielne ↔ Providing temporary accommodation for conducting wedding services, and funeral and christening parties.
. Rokokowy sarkofag cesarzowej Marii Teresy ma trzy metry wysokości wikipediaMaria Krystyna Habsburg, pochowana wczoraj w Żywcu księżna, pogrzeb miała skromny, lecz godny. Nie taki jak jej austriaccy krewni, którzy uwielbiali pochówki pełne przepychu. Ale nie ma się co dziwić, w końcu większość Habsburgów kończyła żywot w Wiedniu, mieście, które kocha celebrę. O cesarskich pogrzebach i wiedeńskim kulcie śmierci pisze Maria ZawałaGdyby Maria Krystyna Habsburg, niedawno zmarła księżna, której pogrzeb odbył się w Żywcu, mieszkała w Wiedniu w czasach świetności monarchii austro-węgierskiej, z pewnością pochowana zostałaby w rodzinnej krypcie Habsburgów w kościele u kapucynów. Ale Maria Krystyna pochodziła z polskiej linii Habsburgów i jako polska księżniczka von Altenburg, była córką arcyksięcia Karola Olbrachta Habsburga i jego morganatycznej żony Szwedki, Alicji Ankarcrony. Ze względu na pochodzenie z morganatycznego związku nie posiadała prawa do dziedziczenia tronów Habsburgów, nie mając także prawa do zwyczajowych dla Habsburgów tytułów arcyksiążąt cesarskich i książąt królewskich. Na mocy rodzinnego postanowienia była arystokratką z tytułem księżnej von to, jej pogrzeb i tak był dla mieszkańców Żywca wielkim wydarzeniem, choć trumny nie ciągnęła cesarska kareta i kare konie. Ale Maria Krystyna Habsburg nigdy nie żyła w przepychu. I nigdy nie pragnęła, by jakikolwiek zbytek, tak przecież uwielbiany przez jej austriackich krewnych, towarzyszył jej także po śmierci. Dlatego, jak jej polscy przodkowie, spoczęła w rodzinnym grobowcu w żywieckiej konkatedrze. Pogrzeb był skromny, ale musi być wiedeńczykiemWiększość Habsburgów pochowana jest w Wiedniu. I właśnie ich ceremonie pogrzebowe najbardziej przeszły do historii. Starannie reżyserowane, należały do największych wydarzeń "towarzyskich". W katedrze Świętego Szczepana Męczennika w Wiedniu znajdują się groby monarchów i książąt z austriackiej linii Habsburgów. Od 1618 roku miejscem schronienia szczątków królewskich jest Krypta Cesarska w kościele Kapucynów, uważana za najsłynniejszy grobowiec Europy. Ciała 145 członków rodziny królewskiej znajdują się właśnie w tym miejscu, ale najbardziej znaczącym jest fakt, iż jest to też miejsce pochowania cesarzowej Marii Teresy - jedynej kobiety z rodu Habsburgów, która objęła Bez wątpienia ma ona najpiękniejszy cesarski nagrobek - przekonuje Henryk Rupik, architekt i historyk z Tarnowskich Gór, od ponad 40 lat mieszkający w Wiedniu."Śmierć musi być wiedeńczykiem, tak jak miłość jest Francuzką. Któż inny tak punktualnie powiedzie cię do nieba bram?". To fragment wiedeńskiej przyśpiewki. Helmut Qualtinger, austriacki pisarz, powiedział kiedyś, że: "W Wiedniu musisz umrzeć, żeby wypito twoje zdrowie. Ale potem żyjesz długo". Czy miał na myśli tradycję wystawnych pogrzebów, ową niesłychaną pompę funebris, którą tak ukochali przed wiekami Habsburgowie? Z pewnością tak. Wiedeńczycy, organizując pochówki, starali się przez lata dorównać cesarzom. Widowiskowa część pogrzebów - wiedeńczycy nazywają to schöne Leich (piękne zwłoki) - odgrywa do dziś ważną rolę w austriackiej kulturze. Dzieje się tak, ponieważ Austriacy wierzą, że śmierć jest częścią na cmentarzuTradycja pochówków pełnych przepychu była w Austrii tak wielka, że w 1967 roku otwarto tu nawet Bestattungsmuseum - pierwsze na świecie muzeum poświęcone czci oddawanej zmarłym. Wiedeń jest zresztą miastem, w którym nie sposób "uwolnić się" od nieboszczyków. Amatorzy śmierci mogą też oglądać Muzeum Zbrodni lub Muzeum Patologii, zawierające kolekcję 42 tys. eksponatów zdeformowanych ludzkich cmentarz Wiednia - Zentralfriedhof - jest największym cmentarzyskiem Europy. Trzysta tysięcy grobów, ponad trzy miliony ludzkich ciał. To także lubiane przez wiedeńczyków miejsce... spotkań. Niekiedy podczas wystawnych pogrzebów mogą tu posłuchać muzyki w wykonaniu a to chóru Opery Wiedeńskiej albo Wiedeńskich Są tam groby prawie wszystkich wiedeńskich kompozytorów, nie brak tam więc także turystów. Cmentarz jest tak wielki, że jeździ po nim autobus - wyjaśnia Henryk pompaPompa funebris zaczęła się w XVI wieku. Przemowy, wiersze na cześć zmarłego, żałobne chorągwie, ornaty i portrety trumienne. W testamentach wpisywano życzenia co do tego, jak powinien wyglądać pochówek. Jedną z najbardziej charakterystycznych nowości doby baroku, przejętą później przez wiedeńczyków, było jednak nie tyle bogactwo ceremonii i orszaków możnych, ile rozpowszechnienie się tego zachowania wśród niższych warstw społecznych. Pieniądze zbierano czasem latami, aby po śmierci pokazać, kim się było i podkreślić pozycję społeczną. Karol VI Habsburg, który aż do śmierci walczył o przestrzeganie etykiety, miał ponoć tuż przed zgonem w 1740 roku podnieść się raz jeszcze, aby zaprotestować, dlaczego u stóp jego łoża palą się tylko cztery świece, skoro jemu, jako cesarzowi rzymskiemu, przysługiwało przedsiębiorstwem, które umożliwiało przeprowadzenie inscenizacji pogrzebu z prawdziwą pompą, było założone w 1867 r. "Enterprise des Pompes Funebres", a jego pracownicy noszący ozdobne mundury z napoleońskim kapeluszem zaczęli być określani w dialekcie wiedeńskim jako der Pompfüneberer. Powstały też ekskluzywne "zakłady towarów żałobnych", gdzie każdy mógł wypożyczyć odpowiedni strój pogrzebowy. "Skromność jest cnotą godną pochwały u osób żyjących, jednakże nie powinniśmy być skromni wobec tychże osób po ich śmierci - przeciwnie, winniśmy oddać tym ludziom to, czego żałowali sobie za życia" - pisał wówczas jezuita Claude-FranÁois Ménestrier, pomysłodawca Habsburgów towarzyszyło też symboliczne podkreślanie, że po śmierci wszyscy są równi. Ukazuje to stary obrzęd z kościoła Kapucynów. Po dotarciu na miejsce mistrz ceremonii trzykrotnie pukał do drzwi krypty, zza których dobiegało pytanie: "Kto stoi na zewnątrz?". "Cesarz Austrii, król Węgier, król Czech…" - tu ciągnęła się długa litania najrozmaitszych i najdziwniejszych tytułów. Dopiero za trzecim razem, gdy padała odpowiedź: "Ja, biedny grzesznik" - krypta się i wielkość umarły, by zrodziła się pokora. Po śmierci cesarza jego ciało otwierano i balsamowano. Wnętrzności zmarłego chowano do miedzianej urny, którą karoca zawoziła do katedry św. Szczepana. Tam arcybiskup Wiednia błogosławił je po raz drugi, po czym urnę składano do katakumb pod kościołem. Serce wyjmowano i zamknięte w urnie przenoszono do kaplicy Loretańskiej w kościele św. Augustyna w Habsburgowie nadawali ton w czasach monarchii austro-węgierskiej, potem w czasach Republiki Austriackiej stracili znaczenie. W Austrii byli wręcz sekowani. Cesarz Karol umarł, bo nie miał się za co leczyć - wyjaśnia prof. Zygmunt Woźniczka, historyk z Uniwersytetu Śląskiego. - Gdyby nie przygarnęli ich krewni z Madrytu, nie mieliby za co żyć, dlatego także ich pogrzeby nie były już tak wystawne jak dawniej - Habsburgowie w czasach II Rzeczpospolitej też nie cieszyli się szczególnym uwielbieniem. - Józef Piłsudski nigdy nie wybrał się na żaden ich pogrzeb, choć potrafił osobiście pojechać na pogrzeb swojego adiutanta. Ale on postawił na tzw. żubry kresowe, czyli polską arystokrację ze Wschodu. No bo co do zaoferowania mieli mu Habsburgowie. Browar w Żywcu? Austriackie czy niemieckie koneksje? A u Radzi-wiłłów, Potockich czy Sanguszków czarnoziemy urodzajne po horyzont - dodaje prof. Habsburgowie stracili znaczenie, z miłości Austriaków do tradycji, wystawnych pogrzebów jednak się doczekali. 1 kwietnia 1989 roku, z okazji śmierci ostatniej cesarzowej Austrii, Zyty, Wiedeń oddał hołd monarchini w dawnym stylu. Orszak wyruszył z katedry św. Szczepana, gdzie wykonano uroczyste requiem. W ostatnią drogę monarchini podążała w historycznym powozie, który służył jeszcze cesarzowi Józefowi I. Do karawanu zaprzęgnięto sześć karych koni pełnej krwi, oddanych przez społeczeństwo komunistycznej jeszcze wtedy Czechosłowacji. Uniform stangreta pochodził ze zbiorów towarzyszyli strzelcy tyrolscy. Kondukt pogrzebowy poprzedzała gwardia honorowa z Węgier, dzierżąca sztandar cesarstwa z dwugłowym orłem. Tradycyjny "trójpodział Habsburgów" został przeprowadzony w ograniczonym zakresie: szczątki powędrowały do krypty Kapucynów, ale serce cesarzowej spoczęło w krypcie w klasztorze Muri w Szwajcarii. Ale tak jak w XIX w., kiedy to znana była trasa przemarszu konduktu i anonsowano w prasie: "dysponuję apartamentem z oknami wychodzącymi na trasę żałobnego konduktu", w kwietniu 1989 roku można było za niemałe pieniądze wynająć "lożę z widokiem na ostatnią drogę cesarzowej Zyty". W 1898 r., podczas pogrzebu żony cesarza Franciszka Józefa Elżbiety von Wittelsbach, znanej jako Sissi, ceny za miejsce wzdłuż trasy konduktu dochodziły do 1000 koron. Pogrzeb Sissi odbył się 17 września 1898 roku. Jej trumna ozdobiona była mnóstwem kwiatów. Ciało złożono do krypty kapucyńskiej, w której pochowano jej syna Rudolfa, a w kilkanaście lat później męża Franciszka Józefa. Do dziś na ich grobach leżą świeże kapucynów na próżno jednak szukać ciała arcyksięcia Ferdynanda. Niestety, pochowania go w krypcie Habsburgów zabraniała ówczesna etykieta. Zastrzelony w Sarajewie następca tronu, biorąc ślub z Zofią Chotek von Chotkową und Wognin, popełnił bowiem mezalians. Arcyksiążę wyraził jednak wcześniej pragnienie bycia pogrzebanym obok żony, dlatego pochowano go na zamku w Artstetten, 80 km na zachód od pierwszej klasyOstatni wielki pogrzeb, ponownie z cesarską pompą, odbył się w Wiedniu w 2011 roku. W Krypcie Cesarskiej w Wiedniu pochowany został Otto von Habsburg, najstarszy syn ostatniego cesarza Austrii. Habsburg zmarł 4 lipca 2011 roku w Niemczech w wieku 98 lat. Nigdy nie zrzekł się prawa do tronu w Wiedniu, choć jego rodzina po I wojnie światowej została wypędzona z kraju. Na jego niezwykle wystawnym pogrzebie, z udziałem dostojników państwowych i wojskowej straży honorowej, pojawili się królowie, książęta i przedstawiciele wszystkich najważniejszych rodów królewskich i szlacheckich z Europy. - To niewątpliwie był ostatni pogrzeb pierwszej klasy, jak mają zwyczaj nazywać to wiedeń-czycy - wspomina Henryk właśnie w Wiedniu wprowadzono kategoryzację pogrzebów i nadal wielu oszczędza przez lata, aby sprawić sobie bogaty pogrzeb. - Dziś nastały inne czasy. Tak naprawdę na wystawne pochówki stać tylko najbogatszą arystokrację - dodaje.*Plebiscyt Młoda Para 2012 ZOBACZ ZDJĘCIA KANDYDATÓW*Budowa dworca w Katowicach: Hala, perony ZDJĘCIA i WIDEO*Wielka Debata o Śląsku: Semka kontra Smolorz ZDJĘCIA i WIDEO
Jedni wolą pochować prochy pod drzewami blisko ścieżek, bo są starsi i nie chcą przedzierać się przez cały las, by odwiedzić bliskich. Inni wręcz przeciwnie – cenią intymność i ciszę. Chcą być na łonie natury, a jednocześnie cieszyć się komfortem „spędzenia czasu” ze zmarłym w samotności. Przynoszą koc, książkę i przesiadują tu wiele godzin. Innym razem schodzą się całe rodziny i urządzają pikniki. Robią selfie sobie, drzewu i porównują z wcześniejszymi fotografiami, by sprawdzić, czy urosło. – Harald nie życzył sobie oficjalnej ceremonii pogrzebowej. Chciał uniknąć pompatycznych mów – opowiada Lars, muzyk i nauczyciel z Lüneburga uczestniczący w pogrzebie leśnym kilkanaście miesięcy temu. – Do Barendorfu, położonego zaledwie 8 km od naszego miasta, pojechaliśmy razem z grupą dziewięciorga przyjaciół. Nie było nikogo z rodziny. Pracownik lasu przekazał nam urnę i w pochodzie ruszyliśmy pod drzewo, gdzie miały spocząć prochy naszego przyjaciela – relacjonuje Lars. W ziemi wykopana była już dziura, którą przykryto kawałkiem drewna i udekorowano iglastymi gałązkami. – Wcześniej ustaliliśmy, że pożegnamy go sami, bez osoby prowadzącej ceremonię – wspomina Lars. Gdy stali razem w kręgu, każdy z zebranych opowiedział o relacji i wspólnych doświadczeniach, jakie łączyły go z Haraldem. – To było piękne – słowa płynące z serca, pozbawione sztywności i ceremoniału. Wspólna akcja przyjaciół dla przyjaciela – wspomina. Następnie zebrani otworzyli wino i wznieśli toast za zmarłego. – Bo Harald był koneserem win. Do tego uwielbiał towarzystwo i życie. Był nietuzinkowy. Ta ceremonia pasowała do niego – wyjaśnia mój rozmówca i dodaje: – Harald sam wybrał miejsce pochówku. Jednym z powodów była niechęć do angażowania rodziny w troskę o tradycyjny grób. Czy to Larsa dziwi? Zupełnie nie. Biorąc udział w tradycyjnych ceremoniach, patrząc na zdobne płyty, wieńce, znicze i obserwując działania, które towarzyszą organizacji pogrzebu, niejednokrotnie zastanawiał się nad ich zbytkiem. – Zmarli nie są w kamieniach, ale w naszej pamięci, sercu. I na tym wolałbym się skupić – puentuje Lars. Sam też chciałby być kiedyś pochowany w lesie. Zdobne płyty, wieńce, znicze to zbytek. – Zmarli nie są w kamieniach, lecz w sercach – mówi Lars, który sam wolałby być pochowany w lesie. | Foto: Pexels Buk zamiast betonu Z lasu wyłania się para grzybiarzy z białym psem. Za nimi z leśnej ścieżki wybiega młody mężczyzna w dresie ze słuchawkami na uszach. Gdy po chwili za drzewami ukazuje się grupa dyskutujących żywo emerytów, którzy kierują się w stronę parkingu, zaczynam wątpić, że trafiłam w odpowiednie miejsce. Bo przypomina bardziej górski punkt, z którego turyści wyruszają na szlak, niż cmentarz. Jest nawet drewniana tablica z mapą, tylko że zamiast szczytów i danych na temat ich wysokości jest obraz lasu podzielony na trzy sektory i drzewa oznaczone numerami. Gdy usiłuję zrozumieć ten schemat, podchodzi do mnie kobieta. To na nią czekam. Ruszamy w las, a im dalej idziemy, tym bardziej nie mam wrażenia, że jestem na terenie nekropolii. – I o to chodzi – słyszę od Irki, która jest przewodniczką po leśnym cmentarzu w Mühlenbecker Land nieopodal Berlina, gdzie obecnie się znajdujemy. – To nie tradycyjny cmentarz, do którego przybywamy z całą naszą kulturą – sztucznymi kwiatami, świeczkami i betonem. To las, część natury. Tak samo jak ludzie i ich prochy. I tak ma zostać. Dlatego nie oznaczamy na ziemi miejsc złożenia prochów – wyjaśnia, a ja dyskretnie patrzę pod nogi. Być może stoimy właśnie na jednym z nich? – Tak może być – potakuje moja przewodniczka i prowadzi w leśny zagajnik wypełniony bukami. Irka jest przewodniczką po leśnym cmentarzu w Mühlenbecker Land nieopodal Berlina. | @ Sławek Młynarczyk Dopiero teraz zauważam, że do niektórych drzew przytwierdzone są czarne tabliczki. Pnie innych oplatają wstążki, ale większość jest nieoznaczona. – Ten las ma 85 lat, to młodzieniaszek, biorąc pod uwagę fakt, że buki osiągają wiek 400 lat – zagaduje Irka. Wie dużo o roślinach, choć z wykształcenia jest religioznawcą. Do firmy FriedWald, którą reprezentuje, dołączyła w 2001 roku, gdy ta dopiero rozpoczynała działalność i wiele osób kojarzyła ją bardziej z grupą dziwaków, a nie z rozpoznawalną na całe Niemcy marką. Bo 20 lat temu dla większości społeczeństwa niemieckiego grzebanie prochów ludzkich w lesie wydawało się nie do pomyślenia. Niełatwe początki Pomysł przyszedł ze Szwajcarii, gdzie prawo cmentarne jest mniej restrykcyjne. Prochy zmarłych można złożyć tam nie tylko na cmentarzu, ale i w wielu innych miejscach – rozsypać je w górach, na łące czy zakopać w lesie. Niemcy, chcący zapewnić bliskim wieczny odpoczynek na łonie natury, udawali się do południowych sąsiadów. Robili to za pośrednictwem niemieckiej firmy osiadłej w Darmstadt na zachodzie kraju, której przewodziła prawniczka Petra Bach. Kremacja ciał jest niezbędnym warunkiem leśnego pochówku. | @ Sławek Młynarczyk „Wbrew opinii kolegów po fachu byłam przekonana, że pochówki na łonie natury mają przyszłość i wpisują się w społeczne zmiany zachodzące w kraju” – opisuje historię firmy założycielka FriedWald. Ale wiele osób myślało inaczej. „Szaleństwo! Przedsiębiorcy z Darmstadt sprzedają groby pod szwajcarskimi drzewami” – grzmiał nagłówek jednej z gazet. Krążyły plotki, że jej firma to sekta zagrażająca niemieckiej tradycji albo że to przedsiębiorstwo stosujące podejrzane ezoteryczne praktyki. Petra Bach wraz z garstką pracowników podzielających jej wizję po kilku latach starań otworzyła na terenie północnej Hesji pierwszy cmentarny las. Był rok 2001. Obecnie na terenie Niemiec istnieje około 300 cmentarnych lasów i powstają kolejne. Niemal jedna trzecia (74) z nich nadzorowana jest przez firmę FriedWald. Łącznie na cmentarnych obszarach leśnych liczących 3500 ha firma zapewniła pochówek 136 tys. osobom, a kolejnym 314 tys. sprzedała miejsce do wykorzystania w przyszłości. Każdy nowo tworzony obszar powstaje w wyniku współpracy trzech różnych podmiotów: władz miejskich lub gminnych, Kościoła i właściciela lasu (będącego jednostką państwową bądź prywatną). Kontrakt na wykupienie miejsca pochówku jest podpisywany na 99 lat, począwszy od daty utworzenia lasu cmentarnego. Początkowo cmentarze leśne powstawały w pobliżu większych miast i aglomeracji, gdzie szybciej akceptuje się nowości. Nie jest to już regułą. Dziś, jak wynika z ankiety przeprowadzonej na grupie 3 tys. respondentów, 35 proc. Niemców rozważa pochówek na łonie natury. Początkowo cmentarze leśne powstawały w pobliżu większych miast i aglomeracji, gdzie szybciej akceptuje się nowości. Nie jest to już regułą. | @ Sławek Młynarczyk Minimalny wkład Tymczasem ja w skupieniu towarzyszę Irce, która właśnie zbacza ze ścieżki i prowadzi mnie w kierunku dębu owiązanego niebieską wstążką. System jest prosty. Osoby zainteresowane leśnym pochówkiem mają dwie opcje. Albo wykupują całą przestrzeń pod drzewem, gdzie spoczną oni, ich rodzina bądź przyjaciele (maksymalnie 20 osób, koszt od 2490 euro do 6990 euro za drzewo) – takie „drzewo rodzinne” oplata się niebieską wstążką. Albo kupują pojedyncze miejsce pod drzewem zbiorowym, gdzie spoczywają prochy różnych, niespokrewnionych osób (cena waha się od 770 do 1200 euro) i drzewo to oznacza się wstążką koloru pomarańczowego. – Ale nie pod każdym drzewem mogą spocząć ludzkie prochy – Irka wybija mnie z kalkulacji, gdy w myślach przeliczam podane kwoty na złotówki. – Kiedy drzewo jest wysuszone bądź stare, nie typujemy go do pochówku – dodaje. Musi przeżyć kolejne 99 lat. Wybierane są okazy w różnym wieku i różnych gatunków – dęby, buki, graby, sosny. Priorytetem jest nieingerowanie w ekosystem lasu. – Nasz wkład jest minimalny – wyjaśnia Irka. – Polega on jedynie na przytwierdzeniu do kory tabliczki z imionami zmarłych i datami, jeśli ktoś sobie życzy. Albo wybranymi sentencjami – dodaje. Dla potwierdzenia wskazuje średniej wielkości drzewo, a na nim czarny mały prostokąt z imieniem Sebastian. Obok daty urodzenia i śmierci tekst: „Pozwólcie mi spać. Nie obciążajcie płaczem. Nie mówcie z żalem o moim odejściu, ale zamknijcie oczy, a zobaczycie mnie wśród was. Teraz i na zawsze”. – Prochy Sebastiana, podobnie jak wszystkie inne, złożono do urny i zakopano na głębokości 70-80 cm pod ziemią, około dwóch metrów od drzewa, by nie uszkodzić jego korzeni – wyjaśnia rzeczowo Irka. Urna wykonana jest z biodegradowalnego materiału, który w wilgotnym środowisku się rozkłada. – Ludzie pytają, ile to zajmuje, więc któregoś dnia napełniłam urnę wodą i obserwowałam, co się stanie. Po dwóch dniach urna się rozpuściła – mówi. Z czasem korzenie drzewa przejmują prochy zmarłych. – Pobierają z nich substancje odżywcze, dzięki czemu drzewa rosną – twierdzi Irka. Niemal jedna trzecia leśnych cmentarzy w Niemczech nadzorowana jest przez firmę FriedWald. | @ Dorota Salus Smutne? Ale praktyczne W rozmowach, jakie prowadzę z Niemcami na temat leśnych pochówków, pojawia się niechęć do obarczania innych opieką nad grobem. A może chodzi bardziej o samotność, lęk przed zapomnieniem i świadomość, że być może grobu nie odwiedzi nikt – zastanawiam się i wydaje mi się to smutne. Gdy opowiadam o tym Irce, ona komentuje: – Może to smutne, ale i praktyczne. W Niemczech, jak i innych krajach, ludzie są coraz bardziej mobilni, zmieniają państwa, kontynenty i nie mogą opiekować się grobem, więc poszukują jakiejś alternatywy. – Czasem rodzice wykupują miejsca obok siebie dla swoich dzieci, żeby choć za jakiś czas „byli blisko” siebie – dodaje. Ale powodów, dla których ludzie wybierają pochówki leśne, jest więcej. Jeden z głównych to bliskość natury i świadomość, że jest się jej częścią. Teren leśnego cmentarza, na którym się znajdujemy, obejmuje 14 ha. W ciągu trzech lat od jego powstania pochowanych zostało tu 600 osób, a kolejne 1000 wykupiło już miejsca. – To mała powierzchnia, średnio taka nekropolia zajmuje 30 ha – mówi Irka. – Ale cały czas poszerzamy teren, bo zależy nam, by ludzie mogli wybrać miejsce, które będzie im najbardziej pasowało. Jedni wolą pochować prochy pod drzewami blisko ścieżek, bo są starsi i nie chcą przedzierać się przez cały las, by odwiedzić bliskich. Inni wręcz przeciwnie – cenią intymność i ciszę lasu. Chcą być na łonie natury, a jednocześnie cieszyć się komfortem „spędzenia czasu” ze zmarłym w samotności. Przynoszą koc, książkę i spędzają tu wiele godzin. Innym razem schodzą się całe rodziny i urządzają pikniki. Robią selfie sobie, drzewu i porównują z wcześniejszymi fotografiami, by sprawdzić, czy urosło. Czasem przynoszą konewki, by podlać pień, albo miarki, by zmierzyć zmieniający się obwód pnia i wysokość – uśmiecha się Irka. Własna formuła – Kilka dni temu uczestniczyłam tutaj w pogrzebie starszego pana. Dwie jego córki oznajmiły zebranym, że odmawiają nazywania tej ceremonii pożegnaniem. Bo nie wierzą, że tata umarł – opowiada Irka. Mimo fizycznej nieobecności kobiety wciąż czuły, że ojciec z nimi jest. „Słowa i czas, który nam poświęcił, nieustannie w nas pracują. Pomogą przetrwać tę nawałnicę i kolejne, które szykuje nam życie. Dzięki miłości, zaufaniu i mądrości, które nam przekazał, wiemy, że sobie poradzimy” – mówiły córki. I na dowód tego odegrały zabawny dialog z tatą, pytając, co myśli o tej sytuacji, i udzielając odpowiedzi w jego imieniu. – Ludzie w różny sposób żegnają się ze zmarłymi. Jedni odczytują list czy wiersz, inni grają na gitarze ukochany utwór, a nawet sprowadzają cały zespół muzyczny. Jeszcze inni przyprowadzają dzieci, rozkładają koc, jedzą ciasto i piją szampana. Albo zapraszają księdza, pastora czy mistrza ceremonii świeckiej – wylicza Irka. I o to w tym chodzi – żeby znaleźć swoją formułę. – Tutaj żałobnicy ustalają sami, w jaki sposób chcą odbyć tę ostatnią podróż ze zmarłym. Nie chcą, by ktoś inny mówił im, jak mają się żegnać z bliskimi – wyjaśnia Irka. Gdy nadchodzi odpowiedni dla zebranych moment, Irka, która często bierze udział w tutejszych pogrzebach, opuszcza urnę na sznurku w głąb otworu w glebie. Rodzina posypuje pojemnik z prochami ziemią – czasem tą z własnego ogrodu. Albo wkłada do dołu kamień czy list. A potem wszystko to jest zasypywane. – I tak naprawdę w ciągu kilku tygodni miejsce pochówku przejmuje las. Nie widać, że doszło do jakiejkolwiek ingerencji człowieka – tłumaczy moja przewodniczka. – Zależy mi, by to wybrzmiało, gdy oprowadzam zainteresowanych. Chcę, żeby wiedzieli, na co się decydują i za co płacą. Niektórzy mają ogromną potrzebę opieki nad grobem – postawienia świeczki, przyniesienia kwiatów. Jest to ich wyraz uczucia i troski. Ale tutaj to niemożliwe, bo to las i na przedmioty, które do niego nie należą, nie ma tu miejsca. Świeczki? Kwiaty? Niemożliwe, bo to las i na przedmioty, które do niego nie należą, nie ma tu miejsca. | Foto: Pexels Alternatywne formy Magdalena pracuje jako produkt manager i analityk dla start-upu o nazwie MYMORIA zajmującego się usługami pogrzebowymi. – Założyciele firmy wpadli na jej pomysł po śmierci jednego z przyjaciół. Uczestnicząc w przygotowaniach do pogrzebu, stwierdzili, że to niezwykle żmudne, pompatyczne i zupełnie niepasujące do ich kolegi wydarzenie. Uznali, że odarcie ceremonii pogrzebowych z patosu, uczynienie ich bardziej ludzkimi i nowoczesnymi to nisza. Stworzyli więc kompleksową witrynę oferującą usługi pogrzebowe na miarę XXI w. Dzięki naszej stronie ludzie mogą zaplanować pogrzeb od A do Z, nie wychodząc z domu – opowiada Magdalena. W ofercie są cztery typy pochówków, a różnice cenowe między nimi duże. Pogrzeb z ciałem chowanym w trumnie jest najdroższy – to około 2000 euro za miejsce na tradycyjnym cmentarzu plus 1500 euro nagrobek. – I dlatego może Niemcy kierują się w stronę bardziej alternatywnych form – twierdzi Magdalena. Jeśli zapada decyzja o kremacji, jest więcej opcji. Najtańsza to wciąż podróż do Szwajcarii i rozsypanie prochów nad alpejską łąką. Inna całkiem popularna forma to rozsypanie prochów nad morzem w wydzielonej do tego przestrzeni – 400 euro bez udziału rodziny, z rodziną 1700 euro plus koszt kremacji 1200 euro. Kolejna opcja to pochówek w lesie – ceny już znamy: od 770 euro za jedno miejsce do co najmniej 2490 euro za drzewo, pod którym spocząć może nawet 20 osób. I to leśne kwatery cieszą się największą popularnością wśród klientów firmy czyniących przygotowanie do swojego własnego pogrzebu. Ceny: od 770 euro za jedno miejsce do co najmniej 2490 euro za drzewo, pod którym spocząć może nawet 20 osób. | @ Sławek Młynarczyk Drzewa jak lustra Wędrując z Irką po lesie, zatrzymujemy się przed tabliczką na drzewie, która przypomina malutki pomnik nagrobny. Jest na niej zdjęcie uśmiechniętej blondynki z rumianymi policzkami i tradycyjna sentencja nagrobna: „Kochana przez wszystkich na zawsze pozostanie w naszej pamięci”. – Mąż tej pani przychodzi tu co tydzień, obejmuje drzewo, rozmawia z żoną – objaśnia przewodniczka. – Wybrał to miejsce, bo jego małżonka lubiła towarzystwo i zawsze chciała wiedzieć, co dzieje się wokół. „Stąd będzie miała niezły widok” – przytacza słowa wdowca. Faktycznie, widać drewniane ławy i mównicę, gdzie odbywają się ceremonie pogrzebowe. Ławy ustawiono w kręgu, by goście mogli podczas ceremonii ze sobą rozmawiać. – To ciekawe, w jaki sposób ludzie dobierają drzewa – zwraca moją uwagę Irka. Często chcą znaleźć takie, które w jakiś sposób ich oddaje. – Na przykład pary, widząc rozgałęziający się na dwie części pień, komentują: „Patrz, to tak jak my: wspólna podstawa, a dwie oddzielne natury! Drzewo staje się rodzajem lustra” – tłumaczy moja przewodniczka. „Spójrz, ta kora ma rany, mimo to drzewo pnie się do góry i kwitnie. Jak nasz ojciec, któremu życie nie szczędziło trudności, a on szedł do przodu” – powie ktoś inny. „To ciekawe, w jaki sposób ludzie dobierają drzewa. Często chcą znaleźć takie, które w jakiś sposób ich oddaje”. | @ Sławek Młynarczyk Niedaleko między drzewami widać białe plamy ścian okolicznych domów, a ja zastanawiałam się, czy trzy lata temu podczas przekształcenia lasu w cmentarz ich mieszkańcy nie mieli nic przeciwko. – Wręcz przeciwnie. Wiele osób z okolicy od razu wykupiło miejsca, bo ten las to część ich życia. Tutaj biegają, chodzą na spacery, jeżdżą rowerem i spędzają czas z dziećmi – wyjaśnia Irka, a ja przypominam sobie informację z ulotki, że w Niemczech lasy stanowią jedną trzecią powierzchni kraju. Piknik W okolicach pierwszego listopada robi się tu bardziej tłoczno. Do lasu zjeżdżają Niemcy wyznania rzymskokatolickiego obchodzący Allerheiligen, czyli Wszystkich Świętych. Bo choć cały cmentarz pozbawiony jest symboli religijnych, w lesie odbywają się też pogrzeby prowadzone w obrządku katolickim lub protestanckim. W końcu dwie trzecie populacji Niemiec to chrześcijanie. Muzułmanie (6 proc. populacji Niemiec) czy Żydzi (poniżej 1 proc.) nie chowają tu bliskich, bo według ich tradycji ciała nie mogą być poddawane kremacji, co jest niezbędnym warunkiem pochówku leśnego. 20 lat temu koncepcja pogrzebów w lesie była ogromnym wyzwaniem również dla Kościoła katolickiego. Kremacja nie mieściła się wielu tradycyjnym katolikom w głowie, podobnie jak pochowanie ciała poza murami cmentarza w nieuświęconej ziemi. Barbara pamięta te czasy. W swojej wspólnocie katolickiej pełni rolę referenta i duszpasterza – odprawia nabożeństwa pogrzebowe, prowadzi msze dla osób w domach opieki, choć nie udziela sakramentów. To możliwe, bo Kościół katolicki w Niemczech pozwala kobietom pełnić funkcje pomocnicze. Jakiś czas temu prowadziła ceremonię pogrzebową na cmentarzu leśnym w rejonie Palatynatu w południowo-zachodnich Niemczech. W jednej części polany odbywały się świeckie pogrzeby, w drugiej, oznaczonej krzyżem, chrześcijańskie. W okolicach pierwszego listopada robi się tu bardziej tłoczno. Do lasu zjeżdżają Niemcy wyznania rzymskokatolickiego obchodzący Allerheiligen, czyli Wszystkich Świętych. | @ Sławek Młynarczyk – Ceremonia w żaden sposób nie różniła się od tej, którą prowadzę na cmentarzu parafialnym. Ale zgromadzeni mieli przestrzeń na prowadzenie dialogu ze sobą. Pochodzili z różnych miejsc Niemiec i się nie znali, zaprosiłam ich więc do wspólnej rozmowy. Spontanicznie zaczęliśmy wspominać zmarłego wykładowcę – relacjonuje Barbara. Zmarłego znała osobiście. W pewnej chwili poczuła się jak na pikniku. Las wypełnił gwar głosów, a w tle unosił się śpiew ptaków. Siedzieli na ławkach w kręgu, a urna z prochami spoczywała w środku na wysokim pieńku. – To wszystko zadziało się, bo w lesie mieliśmy sprzyjające warunki pogodowe i naturę wokół. Czas przeznaczony na ceremonię mógł wynosić do dwóch godzin. Na tradycyjnym cmentarzu wszystko ma trwać maksymalnie 30 minut – wyjaśnia. Gdy pytam Barbarę, jak jej zdaniem duchowieństwo zapatruje się na działalność FriedWald, wyjaśnia, że to kwestia indywidualnego podejścia duszpasterza. Ale lasy cmentarne zyskują coraz większą akceptację środowisk chrześcijańskich. – Na tradycyjnych cmentarzach parafialnych zaczynają się wyodrębniać zielone przestrzenie z drzewami, gdzie składane są prochy, podobnie jak na cmentarzach leśnych – wyjaśnia. List pożegnalny Tyle z Irką rozmawiamy o śmierci, że w pewnej chwili już nie wytrzymuję i pytam, czy nie przytłacza ją ten temat. Czy nie ma dosyć ciągłych pogrzebów? Tygodniowo odbywa się tu 8-10 ceremonii. – Wczoraj w lesie pojawił się mężczyzna, który przyszedł odwiedzić zmarłą żonę. Pokazał mi list, jaki do niego napisała przed śmiercią – odpowiada na to Irka. – Prosiła go, by nie płakał, bo ona umiera z wdzięcznością. Za to, co ją spotkało w życiu, za miłość i czułość, którą otrzymała od niego, dzieci i przyjaciół, a także za to, że sama miała szansę obdarzać uczuciem innych. Od razu pomyślałam, jaki byłby mój list pożegnalny. Czy równie szczęśliwy i wypełniony spokojem? – opowiada. – Więc w skrócie – nie! Nie jestem znużona tematem śmierci ani swoją pracą. Cenię ją, bo codziennie wymusza refleksję i przypomina o tym, co najważniejsze w życiu. Niemcy dziś „MPD01605“ via Lizenz: Creative Commons Czytaj więcej o polityce i życiu prywatnym, o klimacie, technologiach i nowych zjawiskach w cyklach felietonów i reportaży o najciekawszych trendach w niemieckim społeczeństwie.
Kościół katolicki w Niemczech cierpi na brak narybku. Dlatego w wielu miastach i wsiach od pewnego czasu msze święte celebrują księża z zagranicy. Parafianie są z nich zadowoleni. Kościół św Mateusza w Alfter niedaleko Bonn. Tutaj spotyka się regularnie parafia katolicka miejscowości liczącej 23 tysiące mieszkańców. Większość wiernych słucha kazania przez słuchawki, ponieważ ich ksiądz mówi po niemiecku z mocnym, indyjskim akcentem. Johny Paulose przybył do Niemiec przed pięcioma laty z południowoindyjskiego stanu Kerala. Niemiecka kultura i mentalność Zanim księża jak Johny Paulose podejmą pracę w parafii, wprowadza się ich w Archdiecezji Kolońskiej w tajniki niemieckiej mentalności i kultury. Wszystko wskazuje na to, że z powodzeniem. Ksiądz Paulose jest jednym z ponad 300 księży z Indii, którzy pracują obecnie w Niemczech. Na przestrzeni minionych trzydziestu lat liczba księży w Niemczech spadła z blisko do Wielu parafiom - zwłaszcza na terenach wiejskich - grozi zamknięcie. Dlatego też niemiecki Kościół katolicki zdecydował się na rekrutowanie księży z zagranicy. Pochodzą głównie z Indii, Polski, Ameryki Południowej i Afryki. Berlin: polski ksiądz Marek Kędzierski Na przykład trzema parafiami w bońskiej dzielnicy Beuel opiekuje się ksiądz wikary Josey Thamarassery. Największym wyzwaniem są dla niego codzienna praca z członkami parafii, a zwłaszcza ceremonie pogrzebowe. Początkowo miał trudności ze znalezieniem odpowiednich słów, by przekazać członkom rodzin zmarłych wyrazy współczucia. Jego niemieckie słownictwo było - jak twierdził - zbyt proste i ubogie. Kursy przygotowawcze już w Indiach Po przybyciu do Niemiec księża z Indii przechodzą dwuletni kurs duszpasterski. Ponieważ Kościół chciałby przyspieszyć fazę adaptacyjną, planuje organizowanie programów przygotowawczych w południowoindyjskim Bangalore. Dominik Schwaderlapp, wikariusz generalny w diecezji kolońskiej, jest jednym z autorów programu, w ramach którego księża uczą się obowiązkowo niemieckiego i geografii. "Księża z zagranicy muszą zaznajomić się z sytuacją Kościoła katolickiego w Niemczech oraz poznać naszą mentalność". Katolickie kościoły w Niemczech ściągają duchownych z zagranicy Kursy przygotowawcze mają skrócić proces adaptacyjny. Chodzi o to, by księża z zagranicy mogli tuż po przyjeździe podjąć pracę w parafiach. W trudniejszej sytuacji byli księża Paulose i Thamarassery, którzy po przybyciu do Niemiec musieli najpierw uczyć się niemieckiego, zrobić prawo jazdy, a następnie zapoznać się z zachodnią etykietą. Preeti John / opr. Iwona D. Metzner Red. odp.: Andrzej Pawlak
Poniedziałek, 23 marca 2020 (12:12) Wprowadzenie stanu epidemii związanego z rozprzestrzenianiem się koronawirusa w Polsce ma wpływ nie tylko na nasze codzienne życie, ale też na organizację większych zgromadzeń. Jak zmieniła się organizacja pogrzebu? Jakie trudności mogą napotkać bliscy zmarłego? Czy osoba przebywająca na kwarantannie może wziąć udział w pogrzebie? Odpowiedzi znajdziesz w naszym tekście. W związku z ogłoszonym stanem epidemii, a wcześniej stanem epidemicznym Polskie Stowarzyszenie Pogrzebowe poparło dekret biskupów, którym wprowadzają ograniczenia dotyczące pogrzebów. Uroczystości pogrzebowe powinny zostać ograniczone do złożenia ciała na cmentarzu w obecności najbliższej rodziny. Msza św. pogrzebowa może w takich okolicznościach zostać odprawiona w dniu pogrzebu - bez obecności wiernych, albo w innym ustalonym z rodziną terminie. W ceremonii powinna brać udział tylko najbliższa rodzina zmarłego. Wliczając kapłana i pracowników firmy pogrzebowej, grupa nie może przekroczyć 50 osób. Metropolita gdański przypomniał również, że w uroczystościach nie mogą uczestniczyć osoby poddane kwarantannie. Zgodnie z wytycznymi Głównego Inspektora Sanitarnego szczególne procedury dotyczą chowania osób zmarłych z powodu koronawirusa. W przypadku takich osób konieczne jest zachowanie szczególnej ostrożności, nie wolno dotykać ciała zmarłego - z wyjątkiem przygotowania ciała do pochówku, jego obmycia, ubrania i ułożenia. W przypadku zmarłego zakażonego koronawirusem przeprowadzane są również dodatkowe czynności dezynfekcyjne. Odkażane jest ciało zmarłego, pomieszczenie, w którym zostało złożone, środek transportu, którym ciało zostało przewiezione i wszystkie przedmioty, które miały kontakt ze zwłokami. Konieczne jest również szczelne zamknięcie i odkażenie trumny. Obowiązują nas procedury takie jak dotychczas, podstawą jest stwierdzenie zgonu przez lekarza. Obecnie zadajemy dodatkowe pytanie o to, jaka była przyczyna zgonu. Oczywiście ma to związek z koronawirusem. Szczególnie ważna jest uczciwość rodziny lub lekarza, który kontaktuje się z nami w sprawie śmierci. Dopóki nie mamy potwierdzenia, że przyczyną zgonu był koronawirus, działamy tak jak dotychczas. Środki do dezynfekcji były zawsze obecne w pracy w zakładzie pogrzebowym, nie jest to dla nas nowość - mówi w rozmowie z RMF FM Zbigniew Kwinta, właściciel zakładu pogrzebowego w Olkuszu. Osoby objęte kwarantanną nie mogą opuszczać miejsca odbywania kwarantanny. Uroczystości pogrzebowe nie stanowią wyjątku. Osoby poddane kwarantannie w związku z podejrzeniem możliwości zarażenia się koronawirusem zobowiązane są do zachowania szczególnych zasad ostrożności. Nie wolno im opuszczać miejsca odbywania kwarantanny w żadnym celu, konieczne jest również, żeby ograniczyły kontakty z innymi osobami. Za złamanie warunków kwarantanny grozi kara 30 tys. złotych a nawet kara pozbawienia wolności - jeśli okaże się, że osoba objęte kwarantanną jest zakażona koronawirusem i jej postępowanie stanowiło zagrożenie dla innych.
20 kwietnia nad ranem na drodze S10 pod Toruniem doszło do tragicznego wypadku. Czołowo zderzyły się dwa busy. Na miejscu zginęli obaj kierowcy i pasażer. Dwie ofiary to pracownicy zakładu pogrzebowego "Drejka" z Makowa Mazowieckiego, którzy jechali na przeprawę promową odebrać zwłoki...Zobacz wideo: Waloryzacja 2022 - od marca podwyżki Śmierć na S10 pod Toruniem- To wszystko nie mieści się w głowie. Olbrzymia tragedia... Obaj mieli żony, obaj mieli dzieci. To jest nie tylko dramat dla tych rodzin, ale i dla nas wszystkich. Trudno opowiadać, co się działo na pogrzebie. Żal, żal ogromny - mówi nam pan Adam, sam związany z branżą pogrzebową w Makowie Pan Piotr, kierowca mercedesa vito i 58-letni pan Leonard, jego pasażer - to mieszkańcy Makowa Mazowieckiego, którzy zginęli w wypadku na S10 pod Toruniem. Byli pracownikami zakładu pogrzebowego. Krytycznego poranka byli w drodze nad morze - mieli odebrać zwłoki z przeprawy turystów odwiedziło Toruń? Jest lepiej niż rok temu, ale do rekordu nieco brakujeA mur cmentarza się sypie, sypie, sypie. Czy runie w Toruniu? [Zdjęcia]Byliście na derbach Twarde Pierniki - Anwil Włocławek? Zobaczcie zdjęcia!Tak wyglądała motocyklowa parada z Motoareny do Łubianki [zdjęcia]- Tego poranka nigdy nie zapomnę. Odebrałem telefon z policji. Informowała, że moi pracownicy byli uczestnikami wypadku. "Jak to?" - spytałem. "Przecież nic mi nie mówili. Zaraz do nich zadzwonię" - powiedziałem. Po chwili usłyszałem, że zginęli na miejscu. I choć w naszej branży ze śmiercią obcujemy na co dzień, tej tragedii nigdy nie przebolejemy. To byli dobrzy, zaufani ludzie. Dwie godziny wcześniej zaledwie wyruszyli z Makowa - mówi nam Maciej Drejka, właściciel zakładu pogrzebowego "Drejka".Pracownicy zakładu pogrzebowego "Drejka" jechali odebrać zwłoki z przeprawy promowejDo dramatu doszło w środę, 20 kwietnia, około godziny nad ranem. Gdzie dokładnie? Na ósmym kilometrze drogi ekspresowej S10 pomiędzy węzłami Toruń Północ i Toruń Zachód, trzy kilometry przed wjazdem na autostradę A1. Torunianie powiedzą po prostu, że do wypadku doszło na Ze wstępnych ustaleń policjantów toruńskiej drogówki wynika, że doszło do czołowego zderzenia mercedesa vito oraz peugeota boxera. W wyniku tego zdarzenia śmierć na miejscu poniósł 52-letni kierowca mercedesa, 58-letni pasażer tego auta oraz 33-letni kierowca peugeota - przekazała tuż po wypadku asp. szt. Agnieszka Lewicka-Wolsza, rzeczniczka toruńskiej Komendy Miejskiej kierowca i 58-letni pasażer to właśnie pracownicy zakładu pogrzebowego "Drejka" w Makowie Mazowieckim. Każdy z nich osierocił dwoje dzieci i zostawił pogrążone w rozpaczy żony. Miasteczko nie jest duże - liczy sobie niewiele ponad 10 tysięcy mieszkańców. Od tygodnia wszyscy tutaj poruszeni są młodzi byli, żeby umierać. Straszna rozpacz w ich rodzinach, proszę pani. Nie da się opowiedzieć - słyszymy od pracowników branży pogrzebowej w miasteczku (a działa w nim kilka zakładów). "Drejka" przez lata pracował na swoją markę. To nie tylko zakład i dom pogrzebowy, ale i usługi z zakresy zagranicznego transportu mercedes vito był prawie nowy, zaledwie trzyletni. Był sprawny, sprawdzaliśmy go przed wyjazdem. Wiemy, że poduszki powietrzne się po zderzeniu otworzyły - mówi Maciej Drejka, przedsiębiorca pogrzebowy. - Kierowca nie był zmęczony, bo był zaledwie 2 godziny w trasie. Tak trudno pojąć tę tragedię... Proszę mi wierzyć, że bolejemy nad nią podobnie jak rodziny pan Piotr i pan Leonard pochowani zostali na makowskim cmentarzu parafialnym. Pogrzeby odbyły się w sobotę, 24 kwietnia, a poprzedziły je modlitwy różańcowe od piątku. Jak relacjonują makowianie, były to jednocześnie godne i niewyobrażalnie smutne ceremonie doszło do czołowego zderzenia? Kto zawinił? Oto, co mówi prokuraturaŚledztwo w sprawie wypadku prowadzi Prokuratura Rejonowa Toruń Wschód, a czynności pod jej nadzorem wykonują policjanci. Pierwsze dni, które minęły od tragedii, to jednak zbyt krótki czas, by powiedzieć cokolwiek pewnego na temat jej Dlaczego doszło do zderzenia? Tego na razie nie wiadomo. Powołany zostanie biegły z dziedziny rekonstrukcji wypadków drogowych, którego opinia powinna pomóc odpowiedzieć na pytania o przebieg zdarzenia, jego przyczyny, okoliczności, w tym prędkość z jaka poruszały się samochody. Oczywiście, badany będzie także stan techniczny obu pojazdów - mówi prokurator rejonowa Izabela nasze grupy na Facebooku:Bieżące wypadki i utrudnienia w Kujawsko-PomorskiemGdzie dobrze zjeść w Toruniu i okolicach?Toruń Retro! Śledczy chcą też wiedzieć, w jakim stanie byli kierowcy aut, które się zderzyły. Pobrano próbki krwi, które zbadane zostaną nie tylko na obecność alkoholu, ale i substancji psychotropowych, odurzających. Jak podkreśla prokurator Izabela Oliver, dużą pomocą mogą okazać się w przyszłości zeznania świadków wypadku. Tyle, że przybyli na miejsce strażacy, policjanci i prokurator takich 20 kwietnia nie zastali. Jest jednak możliwe, że byli. Policja apeluje do osób, które były świadkami zdarzenia o osobisty lub telefoniczny kontakt z Wydziałem Dochodzeniowo-Śledczym KMP w zmarłych przyłącza się do tego apelu. - Bardzo prosimy osoby, które były świadkami wypadku, by skontaktowały się z policją albo z nami. Wyjaśnienia tragedii oczekują przede wszystkim rodziny naszych zmarłych pracowników, ale my również. Nie chcemy, by zmarli tajemnicę na zawsze zabrakli ze sobą - mówi Maciej zmarli, ale przyczynę dramatu ustalić trzeba. "Rodziny mają do tego prawo"Wszyscy uczestnicy tego tragicznego wypadku zmarli na miejscu. Auta zderzyły się czołowo z takim impetem, że nikt nie miał szansy na ratunek. Niezależnie od tego, kto spowodował wypadek, Prokuratura Rejonowa Toruń Wschód finalnie i tak umorzy śledztwo z uwagi na śmierć sprawcy - to oczywiste w tej przebieg tragedii, powody, okoliczności - wszystko to śledczy zobowiązani są przynajmniej próbować wyjaśnić. Prokurator Izabela Oliver również podkreśla, że rodziny mają prawo wiedzieć, co się wydarzyło. Dodajmy, że ustalenie przyczyn i sprawcy wypadku istotne będzie też w przyszłości ze względu na sprawy Według relacji właściciela zakładu pogrzebowego:*Kierowca był 2 godziny w trasie *Mercedes vito był trzyletni, sprawny, sprawdzany przed wyjazdem w drogę *Pracownicy byli doświadczeni - nie był to ich pierwszy transport zwłok, który mieli wykonać Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera
ceremonie pogrzebowe w niemczech